Zmieniłam podejście do odchudzania. Ale coś za coś.

Nazywam się Dorota i mam 34 lata. Jestem mamą dwóch wspaniałych dzieciaków w wieku przedszkolnym. Po dwóch ciążach – wiadomo bywa różnie z figurą, ale co ciekawe, właśnie jestem na dobrej drodze do osiągnięcia wagi sprzed.

Do 25 roku życia byłam osobą o wyglądzie fit. Co prawda nie katowałam się nigdy regularną siłownią, ale byłam raczej „sportowa”. Lubię każdą aktywność fizyczną, a te najczęściej uprawiane to rower i rolki. Z kolei zimą łyżwy narty i basen. Co istotne, nie stosowałam żadnej diety, a weekendowa pizza i drink nie powodowały zauważalnych zmian wagi.

Otyłość z jaką aktualnie się zmagam pojawiła się dopiero po drugiej ciąży. W pierwszych latach opieki nad dziećmi, ciężko znaleźć czas aby zadbać o siebie. Tak też było w moim przypadku. I tak przybyło mi 19 zbędnych kilogramów, które od pewnego momentu zaczęły mi ciążyć nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

Jak to jest z tą otyłością?

Do tej pory sądziłam, że osoby otyłe same są sobie winne, a ich sytuacja spowodowana jest zwykłym lenistwem. Nie mają ochoty na aktywności ruchowe ani zmiany w diecie. Przyznaję, jest mi za tą opinię wstyd. Odkąd przybyło mi dodatkowych kilogramów, zauważyłam u siebie zachowania, które dotąd się u mnie nie pojawiały. Na przykład nagłe napady głodu oraz czerpanie olbrzymiej przyjemności z podjadania, z której trudno mi było zrezygnować. Do tego dołączył ciągły smutek, brak energii oraz drastyczny spadek poczucia własnej wartości. Przez to wszystko inaczej się zachowywałam i inaczej myślałam.

Dopiero po czasie dowiedziałam się, że tkanka tłuszczowa, której miałam znacznie więcej niż wcześniej, jest gruczołem wydzielniczym. Odpowiada za wydzielanie wielu związków aktywnych i hormonów. Z tego powodu osoba otyła ma zupełnie inną gospodarkę hormonalną, a ta wpływa na emocje i myśli. Zatem, aby doprowadzić hormony do ładu i powrócić do lepszego samopoczucia, najpierw należy zmniejszyć ilość tkanki tłuszczowej. Ta wiedza, oraz wsparcie najbliższych, zmotywowały mnie do podjęcia próby, której przebiegiem chcę się podzielić. Aha, i przepraszam wszystkich, których mogłam urazić w myślach. To nie jest kwestia lenistwa. To sprawa o wiele bardziej złożona. Teraz wiem to bardzo dobrze.

Ale wracając do meritum.

To już moja trzecia próba pozbycia się zbędnych kilogramów. Jak do tej pory zaliczyłam dwie nieudane diety oraz kilka nieregularnych sesji intensywnych ćwiczeń. Na samą myśl o nich nadal mną wzdryga…. Trzeba jednak przyznać, że po treningach moja kondycja fizyczna faktycznie poszła w górę. Jednak psychika była w całkowitej rozsypce. Tak teraz myślę, że to nie tylko stres związany z ciągłym liczeniem kalorii i przygotowywaniem specjalnych dań do tego doprowadził. Swoje zrobił również obowiązek wykonywania ćwiczeń, których po prostu nienawidziłam. Przez cały okres diety i ćwiczeń, towarzyszył mi mniejszy lub większy głód oraz zmęczenie. A jedyne o czym marzyłam to mówiąc kolokwialnie, nażreć się. Narastająca irytacja zawsze doprowadzała do zakończenia diety, powrotu do starych nawyków i wagi.

Głównym bodźcem do podjęcia kolejnej próby pozbycia się zbędnych kilogramów było uświadomienie sobie, że moje myślenie i zachowanie zostało zmienione przez czynnik, który wcześniej na mnie nie wpływał bo go nie było – tkankę tłuszczową. Wszystko zaczynało mi się układać w całość. Aby zacząć funkcjonować jak dawniej, musiałam zmniejszyć gruczoł, który „zatruwa” moją głowę. Stopniowo zbierałam w sobie siłę aby podjąć kolejną próbę, ale tym razem stwierdziłam, że muszę wprowadzić zmiany, aby mój plan miał szansę powodzenia.

Wiem od dawna, że podstawą każdego odchudzania jest ujemny bilans energetyczny. Następuje, gdy zużywamy w ciągu dnia więcej kalorii niż ich do organizmu dostarczamy. Może być osiągany dwojako. Poprzez zmniejszenie ilości dostarczanych kalorii lub zwiększenie ich zużycia. Brzmi nad wyraz prosto i właśnie tego chciałam się trzymać.

Zgromadziłam odpowiednią wiedzę i w mojej głowie ułożył się plan. Wypisałam sobie rzeczy, które chcę osiągnąć oraz wyeliminować z procesu odchudzania, aby to doświadczenie nie było moją kolejną traumą. Jego najważniejsze założenia to:

  • Daję sobie więcej czasu na cały proces. Rezultaty nie muszą przyjść szybko i spektakularnie. Ważne żeby były regularne (ja weryfikuję swoją wagę raz w miesiącu).
  • Wprowadzam stopniowe zmiany w diecie. Nie chcę drastycznych zmian oraz specjalnych dań gdyż najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na ich przygotowywanie. Często po prostu kończyło się gotowaniem dwóch obiadów. Dla rodziny jeden, dla siebie drugi.
  • Stosuję lekkie aktywności fizyczne. Chciałam uniknąć najgorszego doświadczenia w całym procesie odchudzania, a więc ćwiczeń, podczas których brakowało mi tchu, sił i ogólnie doprowadzały mnie do szału.
  • Wyrobienie nowych nawyków, które zostaną ze mną na dłużej i nie dopuszczą do efektu jojo.

Stopniowe zmiany w diecie.

Cel oczywisty – zmniejszenie ilość spożywanych kalorii. Zaczęłam od absolutnej podstawy, czyli odstawienia cukru. Dotyczy to słodzenia kawy i herbaty, ale również ulubionej fanty. Zaczęłam wybierać produkty, które w składzie cukru mają mniej i na początek tyle. Taki stan trwał ok. 2 tygodnie. Gorzka kawa przestała być czymś nie do przełknięcia, a woda okazała się całkiem dobrym i tanim napojem.

Kolejny krok to potrawy smażone. Kotleciki, placuszki, fryteczki. Mówię tak, ale znacznie rzadziej niż do tej pory (idę drogą ewolucji, a nie rewolucji). Częściej zaczęłam przygotowywać pieczenie i dania duszone. Do tego kasza, ryż lub gotowane ziemniaki, które wbrew pozorom są niskokaloryczne i sycące. Co mnie niezmiernie cieszy, dzieciaki oraz mąż nie mieli problemu z zaakceptowaniem takich dań. Są dobre i znacznie zdrowsze.

Pod lupę poszły również tłuszcze trans, które spożywane w dużych ilościach szkodzą zdrowiu i wpływają na rozwój otyłości. Okazało się, że takie przetworzone tłuszcze występują w olbrzymiej ilości produktów. Na przykład posiłkach gotowych do podgrzania w mikrofalówce, w fast foodach, w serkach topionych, w sosach i zupach w proszku. Niestety, wszystko to musiało wyprowadzić się z mojej kuchni.

Prawie w tym samym czasie, zaczęłam przyglądać się przekąskom spożywanym w ciągu dnia. Podsumowanie obnażyło moje słabości. Ciasteczka, pączusie i czekoladki. To chyba nie wymaga dodatkowego komentarza. Ale co z tym zrobić? Odkładać, czy zastępować? Postanowiłam zastąpić na orzeszki i owoce. Niby OK, ale owoce to też cukier (fruktoza). Cóż, nie jest to idealne rozwiązanie, ale na tym etapie to był na prawdę spory krok do przodu. Cały czas próbowałam jednak podjadanie wyeliminować, a równocześnie zmniejszać delikatnie porcje dań. Nie było takie łatwe, ale do czasu…

Lekkie aktywności fizyczne.

Cel to rzecz jasna spalanie większej ilości kalorii. Tutaj naturalnym był dla mnie powrót do tego co znałam, uprawiałam i lubiłam, czyli rower. Tak na prawdę miałam na to jakieś 20/30 minut w ciągu dnia. Na tym etapie, ilość wprost idealna. Gdy pogoda nie pozwalała, starałam się nadrabiać w domu. Podobno to pajacyki najlepiej spalają tłuszcz, ale ja najczęściej stosowałam „mountain climber”, a czasami nożyce. A to dlatego, aby uniknąć podskoków 🙂 Jak widać, nie stałam się fitnesiarką, bo moich aktywności chyba nawet nie można nazwać treningiem.

Każdorazowo przed ruchem łykałam jedną lub dwie kapsułki spalacza tłuszczu. W moim przypadku był to Grinday Shape Up. Dlaczego akurat ten? W moim przypadku produkt zadziałał dokładnie tak jak zostało opisane na stronie producenta. Idealnie pokrywa się z moim podejściem do odchudzania, a więc wspiera uzyskanie ujemnego bilansu energetycznego. Wpłynął również na chęć do podjadania. Po prostu potrzeba została opanowana. Jestem z tego faktu bardzo zadowolona.

Link do produktu: Grinday Shape Up

Efekty?

Mój wzrost to 167 cm. Waga od której zaczynałam odchudzanie to 77 kg, a docelowa 55 kg. Bezsprzecznym plusem mojego podejścia jest zadowalająca mnie skuteczność. Minusem może być czas jaki musi upłynąć, aby osiągnąć wymarzoną wagę. W momencie pisania tego tekstu, jestem pod koniec czwartego miesiąca „procesu”, a moja waga to 67 kg. Odnośnie strefy psychicznej to odczuwam większe zadowolenie z siebie (z racji pracy nad sobą, która przynosi efekty). To pociągnęło za sobą wzrost pewności siebie. Humor dopisuje coraz częściej i nie odczuwam już ciągłego przemęczenia.

A co z ostatnim punktem mojego planu?

Niejako sam się zrealizował. Dania, które przygotowuję są akceptowane przez rodzinę i nie muszę robić już dwóch osobnych obiadów. Staram się wybierać jak najmniej przetworzone produkty, a z niektórych rezygnuję (na przykład ketchup lub majonez). Do tego jemy więcej ryb, warzyw i owoców, więc to nie są puste kalorie jak zdarzało się w przeszłości.

Wiecie co jest istotne? Ja nie czuję, że jestem na diecie. Robię rzeczy te same co wcześniej, tylko lepiej. I cały czas coś poprawiam. Ani ja, ani nikt z domowników nie doznał szoku w związku ze zmianami w diecie, więc jest to dla mnie tym bardziej satysfakcjonujące.
Moja droga do lepszego samopoczucia i lepszej figury nadal trwa. Myślę jednak, że tym razem się uda i nowy stan rzeczy zostanie ze mną już na zawsze 🙂